Marazm, marazm i jeszcze raz marazm... Nie. Inaczej.
Mój koszmar zaczął się we wtorek. A imię jego: angielski. A dokładniej: klasówka z angielskiego. Wydawałoby się, że ja, Osoba Umiejąca W Miarę Dobrze Język Angielski nie będzie miała z tym żadnych problemów. Cóż, najwidoczniej przeliczyłam się. I to nie pierwszy raz. Od jakoś roku zadaję sobie wciąż i wciąż jedno pytanie: CZY TA KOBIETA NIE MA NA KIM SI
Ę MŚCIĆ? Rozumiem, przepisałam się do jej grupy, rozumiem, chce mi pokazać, gdzie moje miejsce, ale na Cthulhu! Minął rok. ROK. No, ale nieważne. Sprawdzian-porażka został napisany. Wyniki w piątek.
Potem było tylko GORZEJ.
Ja tak kochałam język polski w poprzednich latach! Ah, dlaczego,
dlaczego zabrali mi moją profesor B.? Z nią przynajmniej coś umieliśmy! A teraz...? Możemy pożegnać się z jakimkolwiek zdawaniem rozszerzonej matury z polskiego...
W czwartek dopadła mnie migrena. No i jakieś przeziębienie, choć miałam nadzieję, że mi minie po jednym dniu. Tak. To już chyba jest tradycja, że się muszę rozchorować w swoje urodziny. Ogólnie czwartek był do kitu. Masakrycznie. A powinien być super, bo to w końcu moja osiemnastka. Ale cóż. Znowu się zawiodłam. Jedynym światełkiem w tunelu były życzenia Od Tych, Którzy Pamiętali i telefon o północy od Adama i mojego przyjaciela, Rafała. Śpiewali mi sto lat.
W piątek było mi już wszystko jedno. Całkowicie. Poszłam do szkoły tylko z czystej przyzwoitości, żeby nie unikać fakultetów z profesorem G. Szybko tego pożałowałam. Na pierwszych dwóch polskich w ogóle nie wiedziałam, co się dzieje, ani co do mnie profesorka mówi. Potem okienko wolnego i dwie historie. Gdyby nie mój kolega z ławki, to zapewne bym spłynęła pod to drewno, zwinęła się w kłębek i leżała na podłodze. Ale mnie podtrzymywał na szczęście. Moim pocieszeniem było 4+ z minimaturalnego testu. Jednego punkta zabrakło mi do 5. <headdesk> Ale przynajmniej wiem, że poradzę sobie na maturze i nie mam się czego bać. BUAHAHAHA. Jasne. Zwłaszcza, że w poniedziałek mam ogromny sprawdzian z historii, a ja oczywiście nie jestem w stanie się uczyć. Jedyne, co wiem, to, że 28 czerwca 1914 został zamordowany arcyksiąże Franciszek Ferdynand i jego żona, Zofia. Dużo, prawda? A klasówka jest z calutkiej I wojny światowej. <idzie się zastrzelić>
Ponadto moim problemem jest fakt, że nie umiem skupić się na nauce. Mam takie... dziwne etapy. Raz jest super, uczę się, udaje mi się wszystko, a potem... Potem dostaję lenia, albo coś się dzieje i moja siła pryska jak bańka mydlana. I tak poszłam na łatwiznę, bo na rozszerzeniu zdaję tylko pisemny angielski i historię, ale jednak... Jednak i tak trzeba się uczyć. Ah! Maturalna klasa. ;] Muszę się kopnąć w rzyć. Inaczej będzie tylko gorzej. I wyzdrowieć. Bo mam już powyżej uszu tej choroby. -_-
Ale spoko. W czerwcu kończy się mój koszmar związany z maturą. A w wakacje się wyprowadzam. Aż mi lżej na sercu. ^_^